Nie nawidzę tego domu. Nie nawidzę tutaj mieszkać.
Kiedy Pawła nie ma w domu wariuję. Po co ja się na to zgodziłam? Acha no tak. Kocham go. Tyle tylko, że ta miłość też nie jest taka jak powinna być. Dzień po dniu bardziej obok siebie, niż razem. Bez rozmów, bez marzeń, bez planów. Tak po prostu dzień po dniu. Bo dziś to nie ma na to czasu. Bo wczoraj wolał siedzieć przed komputerem niż poleżeć ze mną w łóżku. Bo jutro będzie zmęczony po pracy.
Mam 4 dni urlopu. Jak ja mam wytrzymać w tym domu. Nie nawidzę tego domu. Nie cierpię teściowej. Nie nawidzę, że czuję się jak małe dziecko, które czeka na akceptację mamusi. Nie nawidzę, że pozwalam sobą rządzić jemu, jej. Przestaję być sobą i nie potrafię z tym walczyć. Nie potrafię walczyć o siebie. Nie uśmiecham się już tyle co kiedyś.
Czuję się samotna. Sama. Bez nadzieji z poczuciem błędu. Miało być na całe życie. I że cię nie opuszczę aż do śmierci. I tak się rozpadnie. To tylko kwestia czasu